top of page

Walia. Pięć skarbów Czerwonego Smoka

Zdjęcie autora: Katarzyna StachowiczKatarzyna Stachowicz

Zaktualizowano: 16 mar

Biały piasek i błękitna woda, bujna zieleń, dzika natura, romantyczne ruiny, nieziemsko brzmiący lokalny język. Namawiam Was na podróż do raju.

 

Ale żeby nie było za słodko, tu następuje od razu uwaga drobnym drukiem: raj jest trochę chłodny i nie ma w nim żadnej gwarancji pięknej pogody. Mój pomysł ma baśniową wyprawę to wszak nie Jamajka, lecz mało popularny region na zachód od Londynu. I wiecie co? Pod wieloma względami jest tu ciekawiej niż na Karaibach.

Maskonury w locie
Najatrakcyjniejszy powód wyprawy do Walii, czyli maskonury.
Jest tu wszystko: puste plaże, rezerwaty dzikiej przyrody, niesamowite zabytki i akurat tyle nowoczesności, żeby było wygodnie.

Co warto zobaczyć w Walii? Jak tam dojechać? Kiedy w Walii można zobaczyć maskonury?

Dalej w tekście odpowiem na te pytania. Wyjaśnię też, do czego będą Wam potrzebne stare trampki, dlaczego podróżując po Walii dobrze wykrzesać z siebie choć trochę sympatii dla owiec, wyjawię Wam też jak brzmi po walijsku najpiękniejsze słowo na „h”.

Zielone wzgórze z kamiennym murkiem
Wzrok odpoczywa w zieleni? To proszę bardzo!

Lubię zaczynać od statystyk. Z Walią to łatwe, bo bije ona najdziwniejsze rekordy.

Posiada najmniejszą stolicę w Europie. Mieszkańców Cardiff jest nieco ponad 360 tysięcy. Obręb miasta to niecałe 72 kilometry kwadratowe. Dla porównania: na powierzchni zajmowanej przez Londyn zmieściłyby się 24 miasta wielkości Cardiff.

Cardiff jest też jedną z najmłodszych stolic na świecie - stolicą Wali zostało dopiero w 1955 roku.

Myśleliście, że najwięcej zamków jest nad Loarą? Otóż nie, bo w Walii. W annałach wspomina się o 600 zamkach, z czego prawie pięćset nadal trwa, w postaci ruin (często) lub w całkiem dobrym stanie (rzadziej). W efekcie trudno się w Wali ruszyć, by nie wpaść na fort z epoki żelaza, rzymskie ruiny czy zamczysko średniowiecznych hrabiów.

Mieszkają tu trzy miliony ludzi i jedenaście milionów owiec. Przypada więc po trzy owce na mieszkańca.

Na wypadek, gdyby czytali to speleolodzy: w Wali jest najgłębsza jaskinia na świecie. Ogof FFynnon Ddu, czyli Jaskinia Czarnego Źródła (bo bije w niej czarna woda!), leży w okolicach Swansea. Ma 59 km długości, a schodzi w głąb ziemi na 274 metry. Gdyby kogoś pociągał ten potworny ciemny lej, od razu uprzedzam: jaskini nie można zwiedzać.


 Y DDraig Goch to po walijsku Czerwony Smok.  Walczy on w walijskich opowieściach z przybyłym z obcych krain smokiem białym (symbolizującym Anglosasów).
Y DDraig Goch to po walijsku Czerwony Smok. Walczy on w walijskich opowieściach z przybyłym z obcych krain smokiem białym (symbolizującym Anglosasów).

Pewien celtycki król o imieniu Vortigern chciał zbudować zamek na wzgórzu Dinas Emrys, w okolicach dzisiejszego miasta Beddgelert w północno-zachodniej Walii. Nie udawało mu się, bo fundamenty zamku stale się rozpadały. Dobrze poinformowany chłopak, który być może był samym czarodziejem Merlinem, powiedział mu wówczas, dlaczego tak się dzieje. Pod wzgórzem miało się bowiem znajdować podziemne jezioro, nad którym spały dwa smoki.

Graffiti przedstawiające smoki
Smok jest ulubionym motywem w Walii, znajdziecie go więc i na graffiti. Tutaj w parze ze smokiem chińskim.

Nie wiem jak Wy, ale ja w takiej sytuacji po prostu musiałabym rozkopać cały teren, żeby przekonać się, co z tymi smokami. Vortigern też kopał. Jego ludzie znaleźli i jezioro, i smoki. Jeden był czerwony, drugi biały, a kiedy się obudziły, zaczęły ze sobą walczyć. Zwyciężył ten czerwony - i stał się emblematem Walii. Tyle legenda. Prowadzone w 1945 roku prace archeologiczne w okolicach Dinas Emrys potwierdziły obecność jeziora i resztek fortecy. Nie znaleziono smoczych kłów ani wielkich łusek, ale kto wie…

Pory, nie bez kozery. Zdj. Couleur/Pixabay.
Pory, nie bez kozery. Zdj. Couleur/Pixabay.

Poza smokiem Walia ma dwa emblematy: są nimi żonkil i… por (czyli to zielone świństwo o mocnym smaku i zapachu). Żonkil wydaje mi się w miarę do pojęcia, ale czemu por? Okazuje się, że zielone łodygi przyczepiali sobie do zbroi rycerze pewnego średniowiecznego króla, by odróżnić swoich od obcych na polu bitwy. Siarkowa woń tych jakże zdrowych warzyw musiała być imponująca, a porowa armia zapewne niezwyciężona. W świetle tej informacji skecz Monty Pythona o atakowaniu przeciwnika owocem uznaję za wtórny.

Pomnik przedstawiający smoka
Smok siedzi także na dachu miejskiego ratusza w Cardiff.

Język walijski wydawał mi się dziwnie znajomy, choć nie rozumiem go ni w ząb. W końcu mnie olśniło: przecież tak przemawiała Arwena do Aragorna. Zresztą sami posłuchajcie, o tutaj ↓↓↓



I to właśnie na walijskim wzorował się J.R.R. Tolkien wymyślając sindarin, język, którym w jego powieściach mówiły elfy.

Corgi. Welsh corgi. Zdj. Javon Swaby/Pexels.
Corgi. Welsh corgi. Zdj. Javon Swaby/Pexels.
Z walijskiego języka pochodzą m.in. słowa flanela, cardigan, bard i corgi.

Rzecz, która mnie zachwyciła: Walijczycy nie mają słowa „nie”. Nie dlatego, że nigdy niczego nikomu nie odmawiają. Wprost przeciwnie. Mają wiele różnych słów oznaczających przeczenie, używanych w zależności od tego, jakie pytanie zostało zadane.

Czerwona tabliczka z napisem po walijsku
Dobrze, że napisy informacyjne i drogowskazy są i po walijsku, i po angielsku, bo z walijskiego nie da się zrozumieć ani słowa. Chyba, że władacie biegle bretońskim. To wtedy tak.

Choć jest to język obowiązkowo nauczany w szkołach do 16 roku życia, Walijczycy dość rzadko mówią po walijsku - językiem tym posługuje się jakieś 20 proc. lokalsów. Bez obaw więc, porozumiecie się bez problemu po angielsku. Mało tego, lokalny akcent w angielskim nie utrudnia aż tak komunikacji, jak akcent szkocki (groza momentami), akcent z Birmingham (groza często) czy też akcent z Liverpoolu (groza pełna).

tabliczka z napisem po walijsku
Konia z rzędem temu, kto potrafi prawidłowo przeczytać napis nad czerwoną strzałką (ten na białym tle).

Myśleliście, że niemieckie rzeczowniki bywają superdługie? To popatrzcie na to: w północno-zachodniej Walii jest miejscowość, do której jeżdżą wycieczki tylko po to, by zrobić sobie zdjęcie z jej nazwą ↓↓↓

Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwyll-llantysiliogogogoch

W tłumaczeniu oznacza to: Kościół Świętej Marii nad stawem wśród białych leszczyn niedaleko wodnego wiru pod czerwoną pieczarą przy kościele świętego Tysilia. Kto by nie chciał mieszkać w miejscowości o tak poetyckiej nazwie! Choć zapewne trochę długo wypełnia się wtedy urzędowe blankiety.

Jeśli chcecie przyswoić jakieś walijskie słowo, proponowałabym hwyl, krótkie i piękne w treści. Oznacza ono bowiem czystą niezmąconą radość pomieszaną z zachwytem nad pięknem świata i życia. Miejcie zatem jak najwięcej chwil hwyl na co dzień!
Hwyl na klifie z psem Florianem, wiosna 2024.
Hwyl na klifie z psem Florianem, wiosna 2024.

Nasza trasa zaczęła się w Cardiff. Pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża, przez Swansea, półwysep Gower, park narodowy Pembrokeshire Coast do St Davids. Wyprawa zajęła nam 10 dni i pozwoliła nacieszyć się dużo mniej niż połową walijskich atrakcji. Została nam bowiem cała Walia Północna z niesamowitym regionem Snowdonia - i obiecałam sobie, że kiedyś wrócę ją obejrzeć.

Nasza trasa: 1. Cardiff, 2. Mumbles, 3.Three Cliffs Bay, 4.Rhossili, 5.Carreg Cennen Castle, 6. Skomer Island, 7. St Non's Chapel, 8. St Davids.
Nasza trasa: 1. Cardiff, 2. Mumbles, 3.Three Cliffs Bay, 4.Rhossili, 5.Carreg Cennen Castle, 6. Skomer Island, 7. St Non's Chapel, 8. St Davids.

Wyruszyliśmy na przełomie maja i czerwca. Zależało nam przede wszystkim na tym, by załapać się na okres lęgowy maskonurów (brzmi nieźle, prawda?). Wyprawa do Walii była dla mnie idealna, bo składało się na nią wszystko, co dla mnie najlepsze w podróżach: oglądanie dzikiej przyrody, spacery po niezwykłych miastach oraz terapeutyczna (czyli duża) dawka sztuki starych mistrzów i współczesnych artystów.

Poniżej znajdziecie to, co moim zdaniem jest w Wali najlepsze.

Nocne życie w Cardiff ma specyficzny klimat.
Nocne życie w Cardiff ma specyficzny klimat.

Skarb pierwszy: stolica

No dobra, jeśli najbardziej ze wszystkiego lubicie włóczyć się po czarwonych miastach, pojedźcie gdzie indziej. Cardiff bynajmniej nie porywa urodą. Wygląda jak skrzyżowanie miasteczka, w którym grasował Beetlejuice z Sosnowcem w kryzysie. Jest to natomiast miasto ekscentryczne, a więc nie do podrobienia.

Dzisiejsza stolica Walii przepoczwarzała się kilka razy: najpierw była osadą pośrodku niczego, potem została bogatym ośrodkiem przemysłu i handlu, następnie przeszła fazę upadku, aż stała się w miarę nowoczesną metropolią.
W jednej z miejskich hal targowych, wyglądającej jak wyjęta z epoki późnej komuny w Polsce, czeka Was spotkanie z Roztańczonym Elvisem. Nie pytajcie dlaczego.
W jednej z miejskich hal targowych, wyglądającej jak wyjęta z epoki późnej komuny w Polsce, czeka Was spotkanie z Roztańczonym Elvisem. Nie pytajcie dlaczego.

Jest w tym mieście wiele dziwnych rzeczy. Ulice zdobią dość niezwykłe pomniki. Nad zatoką stoi kościół z Norwegii. Życie wieczorne Cardiff też wydało mi się specyficzne. W czasie, gdy my tam byliśmy, skupiało się głównie wokół świętowania wieczorów kawalerskich. Oznaczało to, że po mieście chodziło dużo młodych mężczyzn przebranych za kobiety i w nastrojach coraz bardziej szampańskich.

Miejski klub wędkarski. Kormorany łowią po swojemu i dla siebie, jako osobnicy niezrzeszeni.
Miejski klub wędkarski. Kormorany łowią po swojemu i dla siebie, jako osobnicy niezrzeszeni.

Szukając ciszy (oraz kormoranów), trafiliśmy nad kanał w centrum miasta. Tam okazało się, że w namiotach ustawionych na chodniku nad brzegiem koczują ubrani na zielono faceci. To jednak nie inwazja zielonych ludzików, lecz lokalny klub wędkarski. Żeby było weselej, ludzie ci łapią ryby, robią im zdjęcia, po czym wypuszczają z powrotem do kanału. Nic dziwnego, że lokalny sum rekordzista jest stary i opasły. Ma niezłe życie, poza tym, że od czasu do czasu ktoś go na chwilę wyciąga z wody.

Charakterystyczne słupy Millennium Stadium widoczne są z wielu punktów w centrum Cardiff.
Charakterystyczne słupy Millennium Stadium widoczne są z wielu punktów w centrum Cardiff.
Pierwsze osady pojawiły się tu wcześniej niż zaludniły się okolice Stonehenge i wcześniej niż ukończono wielką piramidę w Gizie. I doprawdy niewiele z tego wynika, bo prawa miejskie Cardiff otrzymało dopiero w 1905 roku.

Za dynamiczny rozwój miasta w zasadzie odpowiada jeden człowiek: John Crichton-Stuart, Drugi Markiz Bute. Poświęcił całe życie budowaniu doków. Cardiff stało się dzięki niemu nowoczesnym centrum portowym i handlowym.

W 1815 roku uruchomiono wodne połączenie między Cardiff a Bristolem.  A od lat 30-tych Cardiff było głównym portem przeładunkowym w tej części kraju. Węgiel dowożony pociągami z walijskich kopalni wysyłany był dalej statkami. Cardiff stało się wtedy atrakcyjnym miastem do zamieszkania – wyobraźcie sobie na przykład Katowice w latach prosperity i w dodatku przeniesione na wybrzeże! W latach 1840-1870 liczba mieszkańców rosła więc o 80 procent co dekadę. Imigranci ściągali także spoza Walii; w połowie XIX wieku jedna czwarta ludności urodziła się w Anglii, a ponad 10 proc. pochodziło z Irlandii.

Ceglana fasada kamienicy ze zdjęciami górników
Fasada jednej z kamienic w dawnej "dzielnicy węglowej", ozdobiona zdjęciami górników. Hilary Powell, Farewell Rock, Cardiff, wiosna 2024.

Pod koniec XIX wieku przewóz towarów przeniósł się do Barry. Doki w tym mieście działały niezależnie od przypływów, więc miało ono znaczną przewagę nad Cardiff. Rozbudowujący port w Barry przemysłowcy stawiali sobie za cel, by ulice Cardiff porosła trawa. Ich marzenia się jednak nie ziściły, bo giełda węglowa nadal miała siedzibę w Cardiff, a to tam ustalano cenę węgla na brytyjskim rynku.

Styl glamour raczej w Cardiff nie dominuje.
Styl glamour raczej w Cardiff nie dominuje.

W okresie międzywojennym miasto podupadło. W 1936 roku obrót handlowy był połową tego, co w 1913. Stolica Walii ucierpiała też mocno w nalotach Cardiff blitz podczas drugiej wojny światowej. Pod koniec lat 70-tych XX wieku kryzys się pogłębił: zamykano zakłady przemysłowe, liczba mieszkańców zaczęła spadać. Po zamknięciu walijskich kopalń węgla Cardiff przestało być miastem przemysłowym. Nie podzieliło jednak późniejszego przykrego losu np. amerykańskiego Detroit.  Władze Cardiff zaczęły bowiem rozwijać turystykę. Zainwestowano więc w nowy stadion, jeden z największych w Europie, urządzono atrakcyjne turystycznie nabrzeże Cardiff Bay, a robotnicze okolice doków przekształcono w osiedle Atlantic Wharf z luksusowymi mieszkaniami.

Graffiti z białym wielorybem
Lubicie streetart? W Cardiff jest co oglądać.

Chodząc po mieście miałam wrażenie, że jego sercem nie jest wcale historyczne centrum, lecz okolica zatoki Cardiff Bay. Pierwszą rzeczą, jaka rzuci się tam Wam w oczy będzie zapewne Wales Millenium Centre, nowoczesna hala, w której odbywają się przedstawienia operowe, musicale, spektakle baletu i tańca nowoczesnego. Poza wielką sceną centrum mieści też sklepy i kawiarnie. A także słynną toaletę, która zdobyła aż dwa razy zaszczytny tytuł Loo of the Year. Dowiedziałam się o tym po fakcie - szkoda, bo poszłabym zwiedzić.

Cardiff hala widowiskowa
Kopuła jest ze stali pokrytej warstwą tlenku miedzi. Specjalnie, by wytrzymała walijski klimat. Miedź zmieniłaby szybko kolor pod wpływem deszczu i wiatru.

Kościół Norweski w Cardiff Bay sprawi, że będziecie się zastanawiać, czy nie zostaliście teleportowani do Oslo. Wybudowano go w 1868 roku dla norweskich żeglarzy. W 1916 ochrzczony w nim został autor książek dla dzieci Roald Dahl.

Kościół norweski w Cardiff
Dzisiaj nikt nie celebruje w norweskim kościele mszy, jest w nim za to centrum kulturalne i przyjemna kawiarnia z widokiem na zatokę.

Niedaleko kościoła zobaczycie charakterystyczny budynek z czerwonej cegły, czyli Pierhead Building, dawną siedzibę firmy zarządzającej dokami. Zegar na budynku mieszkańcy nazywają małym Big Benem.

Czerwony budynek i diabelski młyn
Big Ben i London Eye, z zachowaniem proporcji wszakże.

W Cardiff Bay znajduje się najdziwniejszy z lokalnych pomników, postawiony na cześć Ivora Novello. Nie mam pojęcia, dlaczego siedzący mężczyzna ogląda się za siebie, zamiast patrzeć w zamyśleniu na wprost, jak czyni to 99 proc. postaci na pomnikach.  Wprowadza to nieco nerwową atmosferę, jak dla mnie.

Urodzony w Cardiff aktor, piosenkarz, autor piosenek i musicali tworzący w pierwszej połowie XX wieku to w naszych czasach postać raczej niszowa. Ivor Novello, Peter Nicholas, 2013, Cardiff Bay.
Urodzony w Cardiff aktor, piosenkarz, autor piosenek i musicali tworzący w pierwszej połowie XX wieku to w naszych czasach postać raczej niszowa. Ivor Novello, Peter Nicholas, 2013, Cardiff Bay.

Spacerując po centrum, zauważycie inne dzieła sztuki ozdabiające ulice i skwery. Jest ich w sumie ponad dwieście w całym Cardiff.

Rzeźba młoda kobieta w mewą
Nereida, Nathan David, 1996, The Friary.

Młoda kobieta surfująca na fali to jedna z Nereid, towarzyszek boga morza Posejdona. Przyjazna żeglarzom boginka to ważna postać w mieście, z którego ludzie wyprawiali się na morze.

Rzeźba dłonie ciągnące linę
All Hands, Brian Fell, 201, Custom House Street.

Pomnik jest hołdem dla ludzi pracujących w dokach, bo to ich dłonie ciągnące linę uwiecznił artysta.

Kamienna pantera na murze miejskiego ogrodu
Kamienne zwierzęta z oczami ze szkła pochodzą z końca XIX wieku. Te z kamiennymi oczami dodano później.

Na pewno traficie do Bute Park, czyli „zielonego serca miasta”, jak to określają w przewodnikach. W parku ucieszą Was (albo i nie) drewniane rzeźby przestawiające np. ślimaka, stonogę (trochę błe), wydrę z łososiem, żuka, kreta oraz męską postać w podejrzanej pozie. Mają tego jeszcze dużo więcej, wymieniam więc tylko te dziwniejsze. W ogrodzie stoi zamek pochodzący z XI wieku. Nie obiecujcie sobie jednak po nim zbyt dużo – po licznych renowacjach jest raczej dziewiętnastowieczny w stylu. Najciekawszą rzeczą (jak dla mnie) jest mur okalający park, zaprojektowany w XIX wieku. Znajdziecie na nim kilkanaście statuetek przedstawiających zwierzęta. Musiały robić niegdyś niezwykłe wrażenie – bo kamienne stworzenia były początkowo pomalowane, by wyglądały jak żywe (walijska pogoda szybko dała sobie z tym radę).

Zabytkowy pasaż handlowy
Jeden z zadaszonych pasaży handlowych.

Cardiff jest miastem arkad. Handlowych. Co przy tutejszym klimacie zapewne uprzyjemnia robienie zakupów. Zadaszonych galerii w stylu wiktoriańskim lub edwardiańskim jest w mieście siedem. Nam najbardziej przypadł do gustu klub jazzowy w Castle Arcade, gdzie można posiedzieć w miłym otoczeniu i posłuchać muzyki (w niektóre dni na żywo).

Castle Arcade Gin & Juice, 2-6 Castle Arcade, Cardiff.

Kawalerzy z wieczorów kawalerskich raczej omijają kluby jazzowe. Gdybyście chcieli ominąć wieczory kawalerskie, ta informacja może się Wam przydać.
Kawalerzy z wieczorów kawalerskich raczej omijają kluby jazzowe. Gdybyście chcieli ominąć wieczory kawalerskie, ta informacja może się Wam przydać.

Muzeum Sztuki w Cardiff jest młodziutkie (otwarto je w 2011 roku), ale warte obejrzenia. 

Muzeum ma kilka kolekcji - od galerii sztuki poprzez historię przemysłu po muzeum historii naturalnej. My ograniczyliśmy się do galerii sztuki, bo temat dinozaurów w naszym życiu chwilowo wydaje się zamknięty.

W galerii sztuki znajdziecie obrazy najsłynniejszych walijskich artystów: Augustusa Johna i jego siostry Gwen John, a także Ceri’ego Richardsa i Richarda Wilsona.

Brat czy siostra? Czyj obraz bardziej się Wam podoba? Z lewej Augustus John, Dorelia McNeil w ogrodzie Alderney Manor, 1911. Po prawej Gwen John, Dziewczyna w niebieskiej sukience, ok. 1914-15. Oba dzieła do obejrzenia w Muzeum Narodowym w Cardiff.
Brat czy siostra? Czyj obraz bardziej się Wam podoba? Z lewej Augustus John, Dorelia McNeil w ogrodzie Alderney Manor, 1911. Po prawej Gwen John, Dziewczyna w niebieskiej sukience, ok. 1914-15. Oba dzieła do obejrzenia w Muzeum Narodowym w Cardiff.

W muzeum wisi też dość niezwykły Botticelli oraz dzieła Rembrandta, Van Gogha, Degasa, Renoira, Maneta. Nie wiem, jakie macie wymagania, ale dla mnie to całkiem nieźle. Muzeum ma też fantastyczne wystawy czasowe.

National Museum Cardiff, Cathays Park.  Otwarte od 10 do 17. Nieczynne w poniedziałki. Wstęp do stałej wystawy wolny, wystawy czasowe bywają biletowane. www.museum.wales

Obraz przypisywany Alessandro Botticellemu, Madonna z dzieciątkiem i owocem granatu, ok. 1500, Muzeum Narodowe w Cardiff. Nie jest jasne, czy namalował go sam Botticelli, jego uczeń czy któryś z naśladowców. Najnowsze badania wskazują, że przynajmniej fragmenty obrazu malował sam mistrz A.B.
Obraz przypisywany Alessandro Botticellemu, Madonna z dzieciątkiem i owocem granatu, ok. 1500, Muzeum Narodowe w Cardiff. Nie jest jasne, czy namalował go sam Botticelli, jego uczeń czy któryś z naśladowców. Najnowsze badania wskazują, że przynajmniej fragmenty obrazu malował sam mistrz A.B.

Jedną z wielkich atrakcji Cardiff jest dla mnie anglikańska katedra. Po pierwsze dlatego, że uwielbiam katedry. Po drugie, o katedrze w LLandaff napisała wspaniały wiersz walijska poetka Gillian Clarke, którą też uwielbiam. Po trzecie, katedra jest piękna.

Wiersz o katedrze oraz kilka innych autorstwa Gillian Clarke, we doskonałym przekładzie Olgi Kubińskiej, znajdziecie tutaj ↓↓↓

Gotycka katedra w LLandaff
Katedra w LLandaff od strony cmentarza. Jej najstarsze części pochodzą z dwunastego wieku.

Kościół był wiele razy niszczony: przez rewolucje, wojnę domową, liczne nawałnice, a w końcu bomby, które spadły podczas blitzu. Ponoć tylko katedra w Coventry została podczas drugiej wojny zniszczona bardziej - a nadmienię, że zostały z niej tylko ruiny. Odbudowana pod koniec lat 50-tych katedra w Llandaff sprawia więc wrażenie całkiem nowej. Ozdabiał ją ten sam artysta, który zajmował się katedrą w Coventry - Jacob Epstein. Jego niesamowitego Chrystusa w Majestacie zobaczycie od razu wchodząc do katedry.

Lewitujący Chrystus Epsteina, zapatrzony w przestrzeń poza katedrą.
Lewitujący Chrystus Epsteina, zapatrzony w przestrzeń poza katedrą.

Wisząca figura Chrystusa dominuje w przestrzeni, ale warto przejść się po wnętrzu kościoła, bo odkryjecie w nim kilka zachwycających rzeczy. Na przykład bardzo stary drewniany panel z wniebowzięciem Marii Panny.

Dębowy panel z madonną otoczoną aniołami to jedyny fragment nagrobka XVI-wiecznego biskupa Llandaff Johna Marshalla. I piękny przykład późnośredniowiecznego malarstwa
Dębowy panel z madonną otoczoną aniołami to jedyny fragment nagrobka XVI-wiecznego biskupa Llandaff Johna Marshalla. I piękny przykład późnośredniowiecznego malarstwa

W katedrze odkryjecie też dzieła prerafaelitów. Na przykład umieszczone za ołtarzem ceramiczne panele autorstwa Edwarda Burne-Jonesa przedstawiające Sześć Dni Stworzenia.

Siódmego dnia odpoczął. Podobnie jak Burne-Jones, który zrobił sześć ceramicznych paneli.
Siódmego dnia odpoczął. Podobnie jak Burne-Jones, który zrobił sześć ceramicznych paneli.

Zamówienie na jeden z bocznych ołtarzy dostał też inny prerafaelita, Dante Gabriel Rossetti. Ponieważ pracował wolno, ukończenie ołtarza zabrało mu prawie 10 lat. A potem był niezadowolony z miejsca, jakie przeznaczono jego dziełu (nieodpowiednie światło, kamienne ramy nie takie jak trzeba). Po blitzu tryptyk Rossettiego otrzymał nowe miejsce w kościele i nowe złocone ramy. Być może nawet prezentuje się w sposób, jakiego życzył sobie Rossetti.

Na tryptyku artysta odmalował narodziny pańskie oraz Chrystusa w dwóch rolach: jako biednego pasterza i wszechmocnego władcę. Na zdjęciu widzicie środkowy panel dzieła.
Na tryptyku artysta odmalował narodziny pańskie oraz Chrystusa w dwóch rolach: jako biednego pasterza i wszechmocnego władcę. Na zdjęciu widzicie środkowy panel dzieła.

Rossetti uwiecznił wszystkich krewnych i znajomych królika - prerafaelici malowali bowiem religijne sceny korzystając z żywych modeli a nie antycznych rzeźb. Znający się na rzeczy wypatrzą zatem na tryptyku: Williama Morrisa (projektanta słynnych kwiecistych tapet), Edwarda Burne’a-Jonesa oraz trzy piękne prerafaelickie modelki: Lizzie Siddal, Fanny Cornforth i Jane Burden.

Gargulce na starej katedrze
Niektóre gargulce mają bardzo współczesne kształty.

LLandaff Cathedral, otwarta od 8 do 17.30 (poniedziałek-sobota) oraz od 8 do 16 (niedziele). Przed wycieczką sprawdźcie w Internecie godziny mszy, bo możliwość zwiedzania jest wtedy mocno ograniczona. www.llandaffcathedral.org.uk

Wioska Smerfów? Nie. Okrągłe domki z epoki żelaza, zbudowane 2300 lat temu i przeniesione do St Fagans. Te akurat podobno należały do bogatej rodziny hodującej bydło, kozy i konie oraz uprawiającej ziemię. Zbudowanie takich domów wymagało użycia trzystu ton gliny.
Wioska Smerfów? Nie. Okrągłe domki z epoki żelaza, zbudowane 2300 lat temu i przeniesione do St Fagans. Te akurat podobno należały do bogatej rodziny hodującej bydło, kozy i konie oraz uprawiającej ziemię. Zbudowanie takich domów wymagało użycia trzystu ton gliny.

St Fagans

Wiecie, co to jest koromysło? Jeśli tak, w St Fagans poczujecie się jak u siebie. Warto też tu zajrzeć, jeśli podróżujecie z dziećmi, bo to świetne muzeum na świeżym powietrzu.

Dzwonki w hrabiowskim pałacu. Oraz rozkład zajęć dla służby – najbardziej ujął mnie punkt dotyczący prasowania gazet.
Dzwonki w hrabiowskim pałacu. Oraz rozkład zajęć dla służby – najbardziej ujął mnie punkt dotyczący prasowania gazet.

W 1946 hrabiowie Plymouth podarowali swoją posiadłość na potrzeby muzeum. Teren jest spory, więc można tu było przenieść czterdzieści budynków z różnych regionów Walii. Do obejrzenia są budynki o typowej dla regionu architekturze: kościół unitarian, wiejska szkoła, farbiarnia, przędzalnia, a nawet budka do pobierania myta.

Motki zielonej przędzy
Urobek (?) z muzealnej przędzalni.

Można też zobaczyć, jak urządzone były pracownie kowala, garncarza, tkacza i szewca. W muzeum działają dwa młyny – zbożowy i przędzalniczy. Na miejscu można też kupić produkowaną na terenie muzeum mąkę oraz wypiekany z niej chleb. Do piekarni stała nawet kolejka. Obejrzenie wszystkiego zabiera sporo czasu, więc nastawcie się, że spędzicie tu co najmniej pół dnia. Warto!

St Fagans National Museum of History, Cardiff, CF5 6XB. Muzeum ma duży parking. Dojeżdża do niego miejski autobus nr 32. Otwarte od 10 do 17, codziennie. Wstęp wolny na stałą wystawę. www.museum.wales

Waga, zestaw "mały serowar", szkandela do ogrzewania łóżek oraz dom pomalowany na czerwono dla ochrony przed złymi duchami. Wszystko do obejrzenia w St Fagans.
Waga, zestaw "mały serowar", szkandela do ogrzewania łóżek oraz dom pomalowany na czerwono dla ochrony przed złymi duchami. Wszystko do obejrzenia w St Fagans.

Skarb drugi: zabytki

Kręcąc się po Walii, nie omijajcie St Davids. Choć to najmniejsze miasto w Wielkiej Brytanii (w 2021 roku mieszkało tu niespełna dwa tysiące osób), będziecie tu mieli co robić. Do obejrzenia jest bowiem fantastyczna katedra i pałac biskupi.

Katedra gotycka st Davids
Prosta budowla kryje bardzo bogato zdobione wnętrze.

Święty Dawid, patron Walii, w VI wieku założył w tym odludnym miejscu swój klasztor. Wyrosło wokół niego miasto otoczone murami. Były w nich cztery bramy, z których zachowała się tylko jedna: Tower Gatehouse, mieszcząca dziś kolekcję starych rzeźb.

Drewniane sklepienie w katedrze
Piękne zestawienie kamienia i drewna w katedrze.
Sercem miasta była oczywiście katedra, przyciągająca pielgrzymów przez 800 lat. Dzisiaj katedrę ogląda 300 tysięcy osób rocznie.

Jej budowę zaczęto pod koniec XII wieku. A budowano najwyraźniej solidnie, bo katedra przetrwała zawalenie się wieży oraz trzęsienie ziemi w XIII wieku. Ślady widać do dzisiaj: podłoga w świątyni jest krzywa, arkady odchylają się od pionu, wschodnia i zachodnia część kościoła różnią się mocno wysokością.

Gotyckie sklepienie wachlarzowe
Na wachlarzowym sklepieniu można wypatrzyć, a jakże, czerwonego smoka.

W XII wieku papież ogłosił, że dwie pielgrzymki do St Davids mogą zastąpić jedną pielgrzymkę do Rzymu, co dla wiernych obawiających się przeprawy przez morze było zapewne świetną wiadomością. W XIV wieku biskup Henry de Gower uznał, że nie będzie się gnieździł w byle szopie i pałac rozbudował. Zamieszkał w jego okazałej wschodniej części. Część południowa służyła natomiast robieniu wrażenia na gościach: w wielkiej sali biskup sprawował sądy, wydawał uczty i podejmował co znamienitszych pielgrzymów.

Runy pałacu
Ruiny pałacu biskupiego. Kruk wyglądał, jakby miał płacone za pozowanie.

Czasom świetności biskupiego pałacu kres położyła reformacja. A pierwszy protestancki biskup St Davids mieszkał już najwyraźniej gdzie indziej, bo bez żenady kazał zedrzeć ołowiany dach z pałacu biskupiego i spożytkować cenny metal gdzie indziej.

Ruiny pałacu
Pałac biskupi w St Davids, nawet kompletnie zrujnowany, jest miejscem absolutnie wartym obejrzenia.

Biskupi pałac podzielił w ten sposób los wielu klasztorów i świątyń na Wyspach: usunięcie ołowianego dachu było pierwszym krokiem do błyskawicznego popadnięcia w ruinę. Jak widzicie, Brytyjczycy nie potrzebowali obcych najazdów, by niszczyć dobra kultury - doskonale radzili sobie z tym sami.

St Davids Bishop’s Palace, SA62 6PE. Można zwiedzać w godz. 9.30-17.00 (od 1 marca do 30 czerwca oraz od 1 września do 31 października), 9.30-18.00 (1 lipca-31 sierpnia), 10.00-16.00 (1listopada-28 lutego). Bilety w cenie 5,90 funta. www.cadv.gov.wales

Ruiny zamku i owce
Owce i ruiny. Walijski klasyczek.

Skarb trzeci: zamki

Wstyd się przyznać, ale zamek Carreg Cennen zwiedzaliśmy samowolnie i najprawdopodobniej nielegalnie, bo po godzinach otwarcia. W okolicy nie było żywej duszy (poza rogacizną), by uiścić za wejście. Furtka była otwarta, więc wleźliśmy na teren, na którym pasły się krowy (trochę) i owce (na moje oko, miliardy, z czego części źle patrzyło z oczu).

Zamek leży bowiem na ziemiach należących do prywatnego gospodarstwa. I wiąże się z tym niezła historia. Forteca była bowiem przez wieki własnością lokalnych władców - rodziny Vaugham, a potem książąt Cawdor. W latach 60-tych XX wieku prawnicy lorda Cawdora zrobili błąd w dokumentach i przypisali własność zamku właścicielom położonej na wzgórzu farmy. W ten sposób rodzina hodująca tu owce weszła w posiadanie malowniczych ruin. Osobiście wolałabym działkę w Zegrzu, ale zamek też może być.

Zielona dolina
Widok z góry jest przepiękny. Dawno nie widziałam czegoś tak zielonego.

Zamek jest ponoć trzynastowieczny i dokładnie na taki wygląda - w sensie, że niewiele z niego zostało. Samo wspinanie się do malowniczych ruin ktoś ze zwiedzających przyrównał do przypuszczania szturmu: zaiste droga jest stroma i wyboista. Rycerz w zbroi ważącej 50 kg miałby z tym podejściem kłopot, więc wyobrażam sobie, że zamczysko było trudne do zdobycia.

owce
Casting na najpiękniejszą owcę.

Na górze najpierw zobaczycie resztki zamku zewnętrznego, gdzie znajdowały się stajnie i warsztaty. Za kamiennym murem jest zamek właściwy, choć trzeba doprawdy mieć bujną wyobraźnię, by w zwałach kamieni zobaczyć komnaty, sale jadalne, kuchnie itp. Wnętrza zamku zostały bowiem zburzone w połowie XV wieku po wojnie Dwóch Róż.

oset
Naturalna maszyna do gręplowania wełny, czyli krzak ostu na pastwisku dla owiec.

Jeśli macie latarkę, możecie zejść do prehistorycznej groty. Nie umiem powiedzieć czy warto, bo my latarki nie mieliśmy i nie ryzykowaliśmy wchodzenia w tonące w mroku rejony. Jeśli w odróżnieniu od naszej niefortunnej wycieczki będziecie zwiedzać zamek w normalnych godzinach, weźcie pod uwagę, że u podnóża zamku codziennie od 9.30 do 17.00 funkcjonują Tea Rooms. Można zjeść tu obiad (serwowany do 15.00) lub spróbować scone’a z dżemem i śmietanką, co zawsze bardzo polecam. Właściciele farmy mają też na sprzedaż - gdybyście akurat mieli taką potrzebę - czempiońskie krowy rasy Longhorn. Uwielbiam je, bo mają rogi wygięte w niewłaściwą (moim zdaniem) stronę, zresztą sami zobaczcie↓↓↓

Longhorny z rogami nie w tę stronę. Zdj. Malcolm Stirling/Pexels
Longhorny z rogami nie w tę stronę. Zdj. Malcolm Stirling/Pexels

Carreg Cenen Castle, Trapp, LLandello SA19 GUA. Zamek otwarty jest od 9.30 rano, codziennie, poza 25 grudnia. Zamykany od kwietnia do października o godz. 18.00, od listopada do marca o 14.30. Wejść do zamku można najpóźniej na godzinę przed jego zamknięciem. Wejście kosztuje 7 funtów dla dorosłej osoby. Obok zamku jest wygodny parking.


Plaża klif morze
Zdjęcie na zachętę. Tak wygląda wiele miejsc na walijskim wybrzeżu.

Skarb czwarty: plaże

Niektóre z walijskich plaż mają karaibską urodę. Są też zwykle zachwycająco puste, bo temperatura powietrza i wody jest mało karaibska. Plażowanie w Walii to zdecydowanie rozrywka dla twardzieli.

Domki na palach nad morzem
Dawne zabudowania ratownictwa morskiego są na sprzedaż. Gdyby marzył się Wam dom nad wodą, może warto wziąć pod uwagę?

Mumbles, na dobry początek

Miasteczko na samym początku półwyspu Gower, z fantastycznym molo, zbudowano w czasach królowej Wiktorii dla przyjemności letników. I rozrywki są tam typowo kurortowe: można zjeść niezły obiad w restauracji przy molo lub pospacerować podziwiając malownicze domki na palach. Dla amatorów takich maszynerii jest też diabelski młyn, zapewne ze świetnym widokiem na okolicę. W porze odpływu można przejść się plażą w stronę dwóch wysepek, które dały nazwę miejscowości. Przypominały bowiem ponoć damski biust francuskim żeglarzom, którzy określali to miejsce Les Mamelles, czyli Cycuszki.

Nie moje dzieci i nie mój pies na plaży w Mumbles, wszyscy piękni, Hwyl, jeszcze jak!
Nie moje dzieci i nie mój pies na plaży w Mumbles, wszyscy piękni, Hwyl, jeszcze jak!

Three Ciffs Bay, trzy w jednym

Przedzielona rzeką piaszczysta dolina zapewni Wam co najmniej trzy świetne atrakcje. Malownicze ruiny zamku, jeszcze bardziej malownicze formacje skalne oraz plażę przecudnej urody.

Zielona dolina z rzeczką
Rzeka jest malownicza i raczej płytka, ale i tak trudno czasem przejść z lewej strony plaży na prawą.

Z zamku Pennard zostało niewiele. Można jednak zobaczyć, jak wyglądał, bo ktoś miał świetny pomysł, by w odpowiednich miejscach zainstalować przezroczyste tablice ze szkicami dawnej twierdzy.

Jeśli odpowiednio się ustawicie, rysunek na tablicy nałoży się na ruiny zamku – i zobaczycie dorysowane brakujące części budowli.
Jeśli odpowiednio się ustawicie, rysunek na tablicy nałoży się na ruiny zamku – i zobaczycie dorysowane brakujące części budowli.

Zamek jest dwunastowieczny. Budowany był chyba dość niedbale, bo często odpadały od niego różne kawałki. Największe szkody poczyniła jednak burza piaskowa na początku XIII wieku, sprowadzona ponoć przez wróżki. Znane z lokalnych legend wróżki Verry Volk  lubią się ubierać w czerwono-zielone stroje, grać na harfie i tańczyć przy księżycu. I są ponoć wredne, więc jeśli spotkacie kogoś dziwnie ubranego tańczącego przy księżycu, to raczej nie wchodźcie z nim w konflikt.

Grota w skale nad morzem
Plaża zawalona jest skałami o niezwykłych kształtach i kolorach. Nie omijajcie tego miejsca, bo jest przepiękne.

Tej prostej rady zabrakło najwyraźniej jednemu z panów na zamku. Wróżki pojawiły się na jego weselu. Władca nie umiał się jednak zachować, stwierdził, że żadnych harf ani tym bardziej wróżek sobie nie życzy. No i zrobiło się niedobrze. Wróżki strasznie się wkurzyły i przywołały burzę piaskową, która zniszczyła zamek.

Krasnale ogrodowe i pelargonie
Walijskie wróżki nie naprzykrzają się dzieciom, ale dla dorosłych mogą być niemiłe. Są też albo mało rozgarnięte albo ślepe jak krety, bo żeby stać się dla nich niewidzialnym wystarczy założyć wierzchnie okrycie podszewką na zewnątrz. Na zdjęciu w zastępstwie wróżek są krasnale ogrodowe. Których w Wali widać nawet więcej niż wróżek.

Rhossili, dzikie piękno

Miejscowość o tej nazwie jest idealna, jeśli planujecie długi spacer nad morzem. Wśród atrakcji będą: zielone łąki (znajdują się na klifie, więc trzeba uważać), stado niezwykle pięknych koni (choć nie mogę tego zagwarantować) oraz prawie pięć kilometrów złotego piasku, od zalewanego przez morze półwyspu Worm’s Head do wydm na drugim końcu plaży.

Konie, klify, różowe kwiaty
Późną wiosną w wielu miejscach kwitnie wściekle różowa naparstnica.

Nazwa Worm’s Head pochodzi od wikińskiego określenia oznaczającego węża morskiego. Skalisty półwysep zagłębiający się w morze rzeczywiście przypomina wielkiego gada. Można się tam wybrać na wyprawę, ale pamiętajcie koniecznie, żeby sprawdzić pory przypływów.

Widok na Wężowy Łeb,  częściowo odcięty od lądu przez wody przypływu.
Widok na Wężowy Łeb, częściowo odcięty od lądu przez wody przypływu.

Półwysep dwa razy na dobę zalewa morze. Na zorganizowanie wycieczki będziecie więc mieli dość krótkie okienko czasowe, zaczynające się dwie godziny przed najniższym punktem odpływu i kończące dwie godziny po nim.

Kiedy dobiliśmy do trasy na Worm's Head, okazało się, że jest za późno.
Kiedy dobiliśmy do trasy na Worm's Head, okazało się, że jest za późno.

Godziny odpływu i przypływu wywieszone są na tablicy przy początku trasy wiodącej na Worm’s Head. Znajdziecie je też w Internecie, tutaj ↓↓↓

żelazna furtka z krzyżem
Okolice St Non's to miejsce sprzyjające duchowemu wyciszeniu.

Kaplica St. Non, odpoczynek dla duszy

Najpiękniejsze widoki podczas naszej całej podróży były właśnie tam: poszarpane skały w błękitnej wodzie; dramatyczne urwiska; kapliczka na klifie ku czci ważnej świętej.

Klify i błękitne morze
Trudno w to uwierzyć, ale no filter.

Według legendy właśnie w tym miejscu przyszedł na świat święty Dawid, patron Walii. Jego matka, szlachetnie urodzona córka walijskiego władcy, żyła jak zakonnica. St Non miała jednak pecha, bo została zgwałcona przez pewnego wrednego księcia. W kamiennym domku na tym skalistym wybrzeżu urodziła chłopca, który stał się najważniejszym walijskim świętym.

"Proszę zostawić otwarte drzwi dla jaskółek." Niewielka kaplica na klifie zachwyciła mnie.
"Proszę zostawić otwarte drzwi dla jaskółek." Niewielka kaplica na klifie zachwyciła mnie.

W średniowieczu kaplica była jednym z popularniejszych miejsc pielgrzymek. Po reformacji zapal do pielgrzymowania ostygł. Studnia koło kaplicy ma ponoć cudowne właściwości, a woda z niej leczy choroby oczu. Od lat 50-tych zajmuje się nią katolicka wspólnota, która zbudowała także nową kaplicę używając do tego kamieni z ruin starej świątyni.

Rumianki na klifie
Piękno w prostocie. I to naprawdę wystarczy.

Skarb piąty: dzika przyroda

To właśnie w Walii widziałam najwięcej dzikich zwierząt w całej Wielkiej Brytanii. Konkretnie kilkadziesiąt tysięcy, bo tyle ptaków mieszka wczesnym latem na wyspie Skomer.

Wysokie skały zanurzone w morzu
Wieczór w okolicach Skomer. Czarne kropki to nie odchody much, tylko setki maskonurów.

Pierwsza świetna rzecz do zrobienia w Walii, jeśli lubicie się sponiewierać na łonie natury, nazywa się coasteering. To czysta dziecięca radość: taplanie się w wodzie, skakanie z klifów, pływanie z fokami (jeśli akurat będą w okolicy, bo tej usługi zamówić się nie da). Poniżej możecie obejrzeć na filmiku, jak to wszystko wygląda.

kajakarze wśród skałek w morzu
To nie coasteering, lecz kajaki. Uważam, że też nieźle.

Co będzie Wam potrzebne? Wiek powyżej ośmiu lat i podstawowa umiejętność pływania. Kostium kąpielowy i stare trampki, by nie pokaleczyć stóp na podwodnych skałach (organizatorzy zapewniają pianki do pływania). Coasteering można zabukować w lokalnych biurach podróży, ale im bliżej lata, tym jest to trudniejsze. Najlepszą opcją jest zatem zarezerwowanie sobie miejsc na wyprawie z wyprzedzeniem.

Mężczyzna wspinający się na klif
Człowiek na klifie budził mój podziw, choć wolałabym chyba nie próbować tego sportu.

Druga świetna rzecz to wyspa Skomer. Jeśli miałabym podać najbardziej atrakcyjną część naszej wypraw do Walii, to byłoby oglądanie wielkich kolonii maskonurów na tej wyspie. A to jeszcze nie wszystko, bo na sąsiedniej wyspie Grassholm gnieżdżą się głuptaki. Czyli, jeśli wszystko dobrze pójdzie, w trakcie jednej wycieczki obejrzycie dwa gatunki najfajniejszych ptaków świata (jak dla mnie).

Maskonury pływające w morzu
Pomarańczowe dzioby maskonury mają tylko w okresie godowym. Potem - jak to w życiu, pojawia się więcej szarości.

Od razu mam dwie ważne rady. Po pierwsze, wybierzcie dobrze termin podroży, bo maskonury należą do gatunków migrujących, więc możecie ich nie zastać. , Przylatują na Skomer w połowie kwietnia, zakładają gniazda i wysiadują młode, po czym opuszczają wyspę mniej więcej w połowie lipca. My byliśmy w Walii na początku czerwca i maskonurów było w bród. A jest ich na wyspie 40 tysięcy.

Mieliśmy bardzo dobre doświadczenia z Pembrokeshire Islands Boat Trips, jedyną firmą która może wozić ludzi na Skomer. 
Mieliśmy bardzo dobre doświadczenia z Pembrokeshire Islands Boat Trips, jedyną firmą która może wozić ludzi na Skomer. 

Po drugie, jeśli znacie już termin wyjazdu, od razu bukujcie statek, który zawiezie was na wyspę, bo liczba miejsc jest ograniczona i szybko się wyprzedają. Łodzie wyruszają z portu Martin’s Haven w miejscowości Marloes. Ja rezerwowałam bilety na łódź zbyt późno, bo na trzy tygodnie przed wyprawą. W efekcie nie udało mi się zaklepać miejsc na samodzielne zwiedzanie wyspy pieszo. Skomer przyjmuje bowiem 250 osób dziennie, czyli niedużo. Udało nam się natomiast załapać na dwa rejsy wokół wyspy – mniejszą (na plus/minus 15 pasażerów) i większą łodzią.

W czasie rejsu nie było różowo, więc minę mam nietęgą.
W czasie rejsu nie było różowo, więc minę mam nietęgą.

W czasie rejsu latały wokół nas setki maskonurów. Inna rzecz, że morze było bardzo niespokojne. Wytrzepało nas tak, że na jakiś czas przestałam się bać latać samolotem, uznawszy, że nie spotka mnie gorsze kołysanie niż u wybrzeży Walii. Z powodu wysokich fal nie udało nam się też dotrzeć do Grassholm i obejrzeć kolonii głuptaków.

Maskonur w locie
Zdarzają im się komicznie wyglądające nieudane starty i lądowania. Dlatego lokalni nazywają te ptaki klaunami morskimi lub morskimi papugami.

Maskonury są bardzo dzielne. Większość życia spędzają na morzu - jeśli akurat gdzieś nie lecą, pływają sobie na falach. Mogą nurkować na 60-70 metrów, choć zwykle pozostają pod wodą nie dłużej niż pół minuty. Wyglądają jak otyłe trzmiele - muszą bardzo mocno machać krótkimi skrzydłami, by utrzymać się w powietrzu.

Maskonur z sardynkami w dziobie
Maskonury są długowieczne – żyją średnio 25 lat. Nestor na Skomer ma lat 38.

Jak wygląda wyprawa na Skomer? Możecie obejrzeć tutaj ↓↓↓



W końcu lipca maskonury odlatują pod osłoną nocy, by uniknąć ataków drapieżnych mew. Część leci na Grenlandię lub Islandię, część spędza zimę na południu Zatoki Biskajskiej.

Organizowaniem wypraw na Skomer i Grassholm zajmuje się firma Pembrokeshire Island Boat Trips. Wyprawy w cenach od 24 funtów (przejazd na Skomer) do 55 funtów (oglądanie – z morza! trzech wysp: Skomer, Skokholm i Garssholm).  www.pembrokeshire-islands.co.uk

Ludzie i psy nad morzem
Ostateczny argument za podróżą do Walii.
 

Kilka turystycznych porad


Kiedy jechać?

Walia ma morski klimat, o chłodnych latach i łagodnych zimach. W zimie temperatura raczej nie spada poniżej zera, latem rzadko przekracza 20 stopni. Idealną porą na podróż do Walii wydaje się późna wiosna lub wczesne lato – jest wtedy najcieplej i można obserwować morskie ptaki.

Typowa walijska boczna droga. Jeden pas w obu kierunkach, zamiast pobocza ściana krzaków.
Typowa walijska boczna droga. Jeden pas w obu kierunkach, zamiast pobocza ściana krzaków.

Czym jechać?

Podróż samochodem z Polski do Walii jest długa, droga i męcząca. Natomiast na miejscu samochód bardzo się Wam przyda, bo wtedy dostaniecie się tam, gdzie dusza zapragnie. Z Polskich miast można dolecieć do Cardiff lub Bristolu i wynająć samochód na lotnisku. Najwygodniej byłoby jednak polecieć samolotem do Bristolu i wynająć samochód na lotnisku - wtedy jest do przejechania godzina z haczykiem. Możecie też dolecieć do Londynu i dojechać do Cardiff pociągiem z dworca Paddington (jedzie 1,5 godziny, bilet w jedną stronę kosztuje od 40 funtów wzwyż).

Co spakować?

Ubranie na każdy rodzaj pogody, ze szczególnym uwzględnieniem strojów przeciwdeszczowych. Nawet w samym środku lata może się Wam przydać czapka – na morzu na przykład mocno wieje. Jeśli planujecie wyprawy łodzią, zabierzcie też wodoodporne spodnie i kurtkę. Jeśli planujecie skakanie z klifów – wrzućcie do walizki stare adidasy.

Kubki z maskonurami


Comentarios


Follow us on Instagram

portret_resized.jpg

O mnie

Oglądam, czytam, słucham. Staram się zrozumieć, może przy okazji czegoś nauczyć, no i przede wszystkim - zapamiętać...

Czytaj więcej

 

Dołącz do newslettera!

Dzięki za zapis :)!

  • Instagram

© 2021 by Katarzyna Stachowicz. Proudly created with Wix.com

bottom of page